Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/ta-torba.elk.pl.txt): Failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server933059/ftp/paka.php on line 5

Warning: Undefined array key 1 in /home/server933059/ftp/paka.php on line 13

Warning: Undefined array key 2 in /home/server933059/ftp/paka.php on line 14

Warning: Undefined array key 3 in /home/server933059/ftp/paka.php on line 15

Warning: Undefined array key 4 in /home/server933059/ftp/paka.php on line 16

Warning: Undefined array key 5 in /home/server933059/ftp/paka.php on line 17
z tropu. Z jej całej tyrady Diaz wyłuskał jedyny detal niepasujący do

tym tradycyjnie w górach gubili się turyści. Zresztą pytania „kto i

z tropu. Z jej całej tyrady Diaz wyłuskał jedyny detal niepasujący do

poddać mu zupełnie, nie zatracić do końca w rozkoszy .Pierś Diaza
Jej serce waliło jak oszalałe, aż drżała z emocji.
- 25 -
wściekły karmazyn.
przed jakąkolwiek próbą zbliżenia się do tej kobiety. A to nie było
większość kobiet: wpada w obsesję. Powinna wyrzucić tego
44
- W domku gościnnym. Zbudujemy go... tutaj... - Wskazał ręką mostek. Za nim po drugiej stronie strumyka był dół. T. John pociągnął długi łyk piwa z puszki. - Jest pan pewien, że nie powinna wrócić do szpitala? - Będzie dobrze - uciął Brig. - Mama ciężko przeżyła stratę Chase’a, ale wierzy, że go zobaczy w przyszłym życiu. Poza tym, kiedy Buddy wyjdzie ze szpitala, będzie musiała się nim opiekować. - Miał chłopak szczęście. Wszyscy mieliśmy. - Cassidy uśmiechnęła się do Briga. - Dzięki Bogu. - Podrapał się w brodę. - Mama chce być też blisko Reksa, bo Dena go zostawiła. Cassidy przeczesała palcami włosy. - Moja matka była przekonana, że Rex miał romans z Angie. - Jezu... - Wielu ludzi tak myślało - przyznał Brig. - On twierdzi, że nigdy jej nie dotknął, a Sunny mu wierzy. Cassidy wpatrywała się w odległe wzgórza. Do tej pory nie zdołała uporządkować swoich uczuć. Dziwnie było myśleć o rozwodzie rodziców, chociaż wiedziała, że ich małżeństwo nigdy nie było zbudowane na trwałej opoce. Miała tylko nadzieję, że od kiedy dusza Angie spoczywa w spokoju, oni będą szczęśliwsi. - Nie sądzę, żeby tata kiedykolwiek tknął Angie. Przynajmniej nic takiego nie pamiętam. Tata ją kochał, owszem, ale jego jedyną prawdziwą miłością była Lucretia. Po prostu czasem zlewała mu się w jedną całość z Angie, ale nie do tego stopnia, żeby... - Nawet nie potrafiła tego wypowiedzieć. Kazirodztwo. Coś wstrętnego. Gdyby tak się sta-ło, to na pewno by wiedziała. Ale przecież nie domyśliła się, co łączyło Derricka i Angie. Ale Rex wiedział. Kiedy ich romans okazał się prawdą, stary Buchanan niemal przypłacił to życiem. Na szczęście Sunny pomogła mu przez to przejść. Na myśl o przyrodnim bracie i Angie, Cassidy poczuła mdłości i musiała szybko napić się herbaty. Teraz, kiedy była w ciąży, jej żołądek często chciał się pozbyć swojej zawartości. Zauważyła, że obaj mężczyźni się jej przypatrują, czekając, żeby powiedziała coś więcej. - Tata... On był, jak każdy mężczyzna w tym mieście, prawie zakochany w Angie. - Nie każdy mężczyzna - przypomniał jej Brig, uśmiechając się szelmowsko. - W porządku. Nie każdy, ale większość. Nieważne. Mama jest o wiele szczęśliwsza w Palm Springs - z daleka od skandalu i z dala od plotek. Tam nikt nie wie, co się stało. Brig mrugnął do żony porozumiewawczo. - Chyba się bała, że moja mama ją przeklnie. - Oj, ty! - Cassidy skrzywiła się, ale wybuchnęła śmiechem. Zastępca szeryfa też uśmiechnął się szeroko. - Naprawdę nie winię Deny. Sunny jest inna i... cóż, ten jej dar... - Może się przydać następnemu szeryfowi, jeżeli się nauczy z nią współpracować, a nie działać przeciwko niej - stwierdził Brig. - Hm. - T. John wypił resztę piwa i zgniótł puszkę w dłoni. - Zastanowię się nad tym. - Proszę nie zapomnieć. - Jasne. - Pomachał ręką i poszedł. Brig przyglądał się kasecie i czekom. Samochód Wilsona wyjechał z podwórka. Brig mrugnął do żony. Był dumny że w końcu nosi jego nazwisko. Pani McKenzie, żona Briga. Cassidy dotknęła brzucha. Już wybrali imiona. Jeżeli urodzi się chłopiec będzie się nazywał Chase William McKenzie i czasami będą na niego wołać Buddy. Jeżeli będą mieli córkę, też pewnie będą nazywać ją Buddy. Tylko tak mogą odwdzięczyć się Buddy’emu za to, że uratował Brigowi życie. Przeżyli wiele bólu, ale teraz czeka ich szczęśliwe życie. Cassidy wpatrywała się w figlarne oczy męża. Nie mogła pozwolić, żeby gnębił ją żal. Poczuła, że kąciki jej ust unoszą się do góry. - Wiesz, wpadłem na niesamowity pomysł. - Brig przyciągnął ją delikatnie do siebie. - Tak? - spojrzała na niego złotymi oczami, które wiele lat temu zawładnęły jego duszą. - Niebezpieczny? - Oczywiście. - Czy trzeba się do tego rozbierać? - Zdecydowanie. - Wziął ją za rękę i wprowadził do koryta strumyka Lost Dog, gdzie wiele lat temu prawie utopił się Buddy. Teraz, późną jesienią, płynęła tu zaledwie strużka wody. Brig zgarnął nogą trochę suchych liści i patyków na błotnisty brzeg, a potem uklęknął. Z łobuzerskim błyskiem w oku położył czeki i kasetę wideo na przygotowanym stosie. Polał je płynem do zapalniczki. - Co robisz? - Pozbywam się śmieci. - Pstryknął zapalniczką i patrzył, jak stos zajmuje się płomieniem. Małe płomyki syczały i trzaskały, pożerając czeki. Papier i drewno poszły z dymem. Kaseta wideo stopiła się od gorąca. Potwornie śmierdziało. Brig zdeptał nogą popiół i ogień szybko zgasł. Koniec. Wreszcie. Czuł ból z powodu Chase’a, z powodu lat straconych na Alasce, ale wreszcie był w domu. Z Cassidy. Tu, gdzie jego miejsce. Na zawsze. Ogromny ciężar spadł mu z serca. Wstał i zaborczo objął Cassidy w pasie.
Najmłodszego sama Lola nie widziała od ośmiu lat, ale ja znalazłem
dotyku. Robiła mu rzeczy, które on robił jej, choćby po to, by usłyszeć
Strach ścisnął Millę za gardło. Oby tylko nie był to żaden
pozostałych doprowadzało do szału. W El Paso latem zawsze było
mikrofilmów i znalazła akt urodzenia Michaela Gradyego.
Zrobiło się ciemno i musieli powalczyć chwilę z gałką

Nie czekał na dalsze zaproszenie, poderwał się z posłania, rozpędził i wskoczył na łóżko.

Czy wraca do domu?
Kątem oka dostrzegła ruch.
postawiła torebkę na podłodze. - Domyślam się. - Trochę jak w kiepskim filmie. Bardzo kiepskim filmie. Uśmiechnął się i oprócz napięcia zobaczył w jej oczach cień rozbawienia. Więc miała poczucie humoru. Świetnie. - Przychodziłam tu przez dwa i pół roku, ostatni raz byłam kilka miesięcy temu i zawsze zastawałam Rebekę, to znaczy doktor Wade, siedzącą w tym fotelu. - Caitlyn wskazała na fotel stojący przy biurku, wzdrygnęła się i potarła ramiona, jakby przeszył ją chłód niepokoju. Zakładając nogę na nogę, bezwiednie odsłoniła na moment kawałek łydki. Z pewnością musiała zdawać sobie sprawę, że jest uderzająco piękną kobietą... A może jednak nie była tego świadoma? - Dzisiejsze spotkanie powinniśmy chyba poświęcić na zapoznanie się ze sobą - zaproponował, zbierając myśli. - Co pani na to? Najpierw ja się pani przedstawię, a potem pani opowie mi o sobie. - Tak jak w tej starej dziecięcej zabawie? Ty mi pokażesz, to i ja ci pokażę? - spytała i nagle umilkła, zawstydzona podtekstem tych słów. - Nie posuniemy się tak daleko. W każdym razie nie dzisiaj. - Całe szczęście. Nie jestem pewna, czy byłabym w stanie posunąć się tak daleko. - Odgarnęła włosy z twarzy i uśmiechnęła się słabo. Nie tak to sobie zaplanował. Przesunął się na fotelu w stronę małego stolika, na którym stał dzbanek z mrożoną herbatą i czajnik elektryczny. - Kawa? Mam rozpuszczalną. A może herbata? - zapytał, a Caitlyn potrząsnęła głową. - Nie, dziękuję. Chociaż może poproszę o herbatę. Ale gorącą. Nalał do kubka wrzątku i podał jej wraz z łyżeczką i torebką herbaty. - Przepraszam, ale właśnie skończył mi się miód, cytryna, śmietanka i cukier, a nawet słodzik. - W porządku. Jestem ascetką. - Zanurzyła torebkę i odchyliła się na krześle. Znów zachwycił się jej urodą. Cerę miała jasną, ciało zgrabne i gibkie. Na prostym nosie kilka bladych piegów, duże, piwne oczy, ocienione długimi rzęsami, przez moment, pewnie za sprawą światła, wydawały się zupełnie zielone. Zmarszczyła brwi, jakby pogrążyła się w niespokojnych myślach. Wreszcie popatrzyła na niego. - Myślałam, że opowie mi pan trochę o sobie. - Jasne. - Uśmiechnął się. - Ale obawiam się, że panią zanudzę. Urodziłem się i wychowałem w Wisconsin, studiowałem w Madison, potem doktoryzowałem się w Michigan. Przez kilka lat wykładałem na uniwersytecie, a potem założyłem prywatną praktykę. Pracowałem w dystrykcie Kolumbii i właśnie zastanawiałem się nad przeprowadzką, kiedy Rebeka zaproponowała, żebym przyjechał tutaj. Savannah wydało mi się interesujące. To prawdziwa odmiana. Więc zdecydowałem się zaryzykować. - A co z pańskimi pacjentami? Uśmiechnął się szeroko. - Stanęli na własnych nogach. - Wszyscy wyleczeni? Ot, tak? - zapytała, pstrykając palcami. - Psychozy, depresje i wszystko inne? - Wyleczeni? Hm. To pojęcie względne, ale tak, większość z nich jest w dość dobrym stanie. Kilku z nich skierowałem do moich kolegów po fachu. - Jak długo jest pan tutaj?
– Najwyższy czas – mruknął pod nosem.
zainteresowania się jego psychiką.
Znowu ten cały Photoshop.
Yolanda jeździ lexusem. Chevrolet to dodatkowy wóz, kupiliśmy go od Carlosa, bo był tani.
unosił się zapach gardenii.
Hayes zahamował z piskiem opon pod kładką. Drogówka już urządziła blokadę,
Zrezygnowany wrócił do Culver City przez Westwood i Beverly Hills. Zbliżał się już do
Trinidad wzruszył ramionami.
wydziale. – Ze złośliwym uśmiechem dodał: – Nawet twoja dziewczyna z nim romansowała.
kryło się nic niebezpiecznego, nieco dalej starszy facet wyprowadzał psa na spacer. Psisko,
błękitnawym świetle latarni wszystko wydawało się nieostre, niewyraźne.
Czy człowiek z krwi i kości?

©2019 ta-torba.elk.pl - Split Template by One Page Love